Znajdź książkę

Nasz antykwariat internetowy to zbiór ponad 40.000 książek

    ul. Wilcza 29 A lok. 25
    00-544 Warszawa
    tel. 022 622 11 54
    0,00 

    JAN STRAUS: TRZYNASTA AUKCJA KWADRYGI CZYLI WSZYSTKIEGO PO TROCHU

    Dopiero koniec wiosny, a już zrobiło się gorąco i burzowo. Grzmi od wschodu i zachodu. Nawet w „Polityce” piszą, że mamy przedwojnie. Chłopy w mojej wsi gadają, że coś w tym musi być, bo „rudy Tusek nie bez kozery granicę z Białorusią umacnia” I siatkę zastawioną na emigrantów przez poprzedni rząd ceruje. Wojsko podobno radzi, by niczego nie stawiać, ino Puszczę Białowieską w cholerę wodą zalać i powstałe błoto minami umocnić. A te – nawet łosiom – nogi z dupy powyrywają. Dronami armia ma je stawiać, bo kaloszy w naszych formacjach saperskich brak. Miny na szczęście jeszcze są: po ruskie „a nie wyszli”. Właściciel pierwszego w Polsce kolana słusznie zrozpaczony, że wcześniej podobnego płotu wzdłuż Odry Nysy nie wystawił. Wszak gdy Niemiaszki z Brukseli z pomocą dla Ukrainy do nas wejdą, to (przez te miny) dalej niż na Podlasie nie zajdą i w Polsce już na stałe pozostaną. I kto wtedy prezesowi trzecią nogę zoperuje? I to nie za euro, lecz za złotówki. A tu na dodatek wszędzie czai się zdrada, nawet w sejmiku białostockim, pod okiem Sasina! U mnie również bieda. Chleb w zamrażarce się już kończy. Trzeba by do Warszawy i odnowić zapasy, bo w Pasymiu „chleb dawny” tylko raz w tygodniu dostępny, a i parę książek na ciężkie czasy również by się przydało. Coś na tym przedwojniu, prawie osiemdziesięciolatek, przecież muszę robić. Otwieram więc katalog 13-tej aukcji Kwadrygi – właśnie go na onebidzie zamieszczono – i włos mi się jeży na głowie, bo zamiast oczekiwanego – LARUM , Mości Panowie, LARUM – wszystko w nim jak dawniej, czyli wszystkiego po trochu. Widać co prawda pewną mobilizację i patriotyczne w naszym katalogu wzmożenie, ale jakże jest ono skromne i nieodpowiednie do nakazu chwili. Bo czy można – zwłaszcza dziś – polecać walecznej, garnącej się do WOT antykwarskiej młodzi, wydane w 1821 roku „Prawidła dla młodszych sztabs-officerów i adiutantów”? Ujrzały one co prawda światło w godnej zaufania Drukarni Wojskowej, ale moiściewy: czy to wystarczy? Zważmy na poszczególne tytuły rozdziałów tego dzieła. Np. ten „O odmianie frontu”. Ileż w nim bowiem niejasności. No bo jakże niezłomnemu patriocie front przy granicy z Białorusią w takiej chwili odmieniać, na dodatek odmieniać po rosyjsku? Pachnie mi tu mocno dywersją i tylko niezwykła rzadkość sprawia, że nie rekomenduję Kwadrydze wycofania tego tytułu z niniejszej aukcji.

    Teraz słowo o „Przepisach o (tak potrzebnym i dzisiaj) znaku honorowym”. Obdarzonym nim przysługiwała: „sprzączka pozłacana kształtu czworograniastego na niej wieniec z liści dębowych w pośrodku którego umieszczona liczba rzymska ilość lat służby oznaczająca za którą ozdoba ta została przyznana”. Sprzączka ta – za dobrą służbę – przysługiwała tak oficerom, jak i urzędnikom wojskowym. Noszona była obowiązkowo do munduru (przy wstążce orderowej) i/lub w klapie fraka. Przepisom opisującym jej przyznanie towarzyszy lista osób nią zaszczyconych. Otwiera ją (tu patriotom i miłośnikom wszelkich przecinków i tytułów tolerancyjnie radzę przymknąć oko): „Jego Cesarzowiczowska Mość Wielki Xsiążę Konstanty Cesarzewicz Naczelny Wódz Woyska Polskiego”, a tuż pod nim figuruje „pułkownik Józef Seydlitz dowódca (sic!) tymczasowy Korpusu Weteranów i Inwalidów.” Tej kolejności uwłacza liczba lat służby (dla Polski) obu odznaczonych: Cesarzewicz Naczelny zaliczył ich tylko piętnaście, a tymczasowy dowódca Korpusu Weteranów Seydlitz aż pięćdziesiąt. Liczby te sprawiły wydawcy ukazu poważny kłopot. Znak honorowy został ustanowiony dekretem cesarskim (a te były nieomylne i niepodważalne) w roku koronacji cesarza Mikołaja I na króla polskiego tj. w roku 1826. Ogłoszenie w.w. ukazu w tymże roku (wraz z załącznikiem osób uhonorowanych w dotychczasowej treści) sugerowałoby więc, że wielki książę Konstanty rozpoczął służbę w wojsku polskim już w roku 1811, a więc, że np. pod Borodino, walczył po stronie Napoleona. Daty ogłoszenia ukazu zmienić nie było można – pominąć księcia na liście odznaczonych znakiem honorowym też nie wypadało (był jego komandorem), w konsekwencji więc – by poruty nie było – listę: „generałów, officerów wyższych i niższych, oraz urzędników woyskowych, tak w służbie będących, jako też dymissyonowanych, znakiem honorowym przez Mikołaja I w roku 1826 ozdobionych” ogłoszono i wydrukowano pięć lat później, tj. w roku 1830. Czy można było to zrobić wcześniej i na odznace Cesarzewicza wybić np. rzymską X? Ano nie. Nie dało się inaczej, bo w regulaminie „Znaku…” zapisano, że przysługuje za „nienagannej służby lat minimum piętnaście”.

    Wydanie Przepisów o znaku honorowym” w przeddzień powstania sprawiło, że w życie praktycznie nie weszły. I tu moje prywatne pytanie do kolekcjonerów wszelakich odznak i orderów: czy egzemplarz „znaku honorowego” w ogóle się zachował. Chętnie też bym go zobaczył na jakimś historycznym portrecie, najchętniej na oficerskiej piersi ozdobionej wstęgą orderu Virtuti Militari, przy której mógł, a nawet powinien być wtedy noszony. Rozporządzenie o wprowadzeniu przez Mikołaja „znaku honorowego” w zostało uwierzytelnione drukowanym podpisem gen. brygady Nowickiego. Egzemplarz wystawiony na 13. aukcji Kwadrygi jest oblatowany. Jego wiarygodność potwierdza pieczęć Komisyi Rządowej Woyny Królestwa Kongresowego, której wyraźny odcisk na jego stronie końcowej figuruje.

    Katalog 13. aukcji Kwadrygi zawiera sporo pozycji, które mogą dostarczyć czytelnikowi czasami wielce zaskakujących, patriotycznych wzruszeń. Przynajmniej dwóch z nich, z wielu powodów, również ze względu na ich wyjątkową w handlu rzadkość, nie mogę tu pominąć. A mianowicie: Legend żydowskich o powstaniu 1863 roku” pióra Eliachu Chaima Szepsa, oraz Szalonej baterii” autorstwa porucznika artylerii wojsk polskich Walentego Zielińskiego. Już nawet pobieżna lektura wydanych w 1925 roku w Warszawie, a napisanych w Nowym Jorku „Legend żydowskich o powstaniu 1863 roku” nasuwa podejrzenie, że zawdzięczamy je nie tyle wypadkom historycznym, co bujnej wyobraźni przodków autora: dziadka – Judela Azrowicza – który owe „legendy” najprawdopodobniej skonfabulował i babci, która je wnukowi „ku pamięci” bohaterskiego męża opowiadała. Ileż w nich bowiem niewymuszonej fantazji! Choćby w tej: „o powstańczej broni ukrytej przed Rosjanami na cmentarzu żydowskim” i „o (cudownie odnalezionym) towarzyszu broni, którego trupa „rewolucjoniści” odkryli w przypadkowo rozkopanym grobie”, w której tylko czarodziejskiego „żar ptaka” brakuje. Słownictwo i okoliczności, nieprzystające do czasów powstania styczniowego nasuwają podejrzenie, że w legendzie tej na realia 1863 roku nałożyło się wspomnienie 1905 roku, tworząc swoisty palimpsest. Jaka była historia powstania dzieła, o tym w odautorskim wstępie, w którym czytamy, co następuje: „Babka moja miała wiele wspomnień osobistych o powstaniu 1863 r. dzięki temu, ze jej pierwszy mąż Judel Azrowicz, urodzony w Łomży brał sam udział w powstaniu po stronie polskiej. Według jej opowieści był on jakowymś starszym, „naczelnikiem”, w armii rewolucyjnej. Narażał się na największe niebezpieczeństwa, lecz za pomocą najrozmaitszych forteli wykręcał się od Rosjan. Tylko jeden raz, widząc, że Rosjanie są na jego tropie, i że tym razem nie uniknie szubienicy, umknął zagranicę i zginął jak kamień w wodzie. Moja babka jeździła wtedy po całej Europie, szukając go, i w końcu znalazła w Londynie. Nie chciała jednak pozostać w „bezbożnym” Londynie i wydostała od męża rozwód.” Ukrywający się przed tropiącymi go (?) Rosjanami i przed rodziną, w (nie wiadomo czemu „bezbożnym”) Londynie, (mający zapewne wiele na sumieniu) dziadek, dochodząca swoich praw, szukająca męża po całej Europie uparta babcia i kończący całą tę historię „wydostany” rozwód – to raczej historia małżeńskiej katastrofy, niż historiozoficzny przekaz. Oglądane z tej perspektywy „Legendy żydowskie z 1863 roku” stają się zbiorem historyjek wymyślanych przez swawolnego męża, próbującego ukryć swoje „kawalerskie” wybryki przed babcią, niewątpliwie patriotką, której imponowała „bohaterska postawa” męża. Bryknął ci on też w końcu do Londynu i tam „bezbożnik” do końca życia pozostał.

    A teraz kolejny cytat: „Rozpękło niebo – Ona leży – Jak białych lilji bukiet świeży”. Dwuwiersz ten, pochodzący z tomu „Szalona bateria”, poświęcony nie pięknej niewieście, ale naszej ojczyźnie, jest skromną próbką nieposkromionego poetyckiego talentu Walentego Zielińskiego, żołnierza I Korpusu gen. Dowbor-Muśnickiego, który na kresach dzielnie bronił przed zagładą ostatnich już polskich dworów. Ujrzał on światło dzienne w 1918 roku w Bobrujsku, w Drukarni Sztabu I Korpusu Polskiego, w dniach kiedy miejsce to było przez wojnę i rewolucję odcięte od bożego świata. Niewielki nakład i jego sprzedaż wyłącznie w nielicznych, polskich miejscowych placówkach oświatowych sprawiły, ze dziś jego egzemplarze są wielką rzadkością. Równie szaloną okładkę do Szalonej baterii sporządził znakomity grafik i ilustrator książek dla dzieci, podówczas podporucznik Mikołaj Wisznicki. Odbita najprawdopodobniej w technice drzeworytu przedstawia nocny bój polskiej artylerii na miejscowym cmentarzu, dosłownie ilustrując treść otwierającego tom Zielińskiego wiersza. Z notatek na odwrocie pierwszych stron książeczki dowiadujemy się, że dochód z jej sprzedaży zostanie przeznaczony na cele „kultury i oświaty wojsk polskich” oraz że autor poświęca ją „w dniu 3 maja Polskim Siłom Zbrojnym” – byłby to więc mało znany druk 3-majowy. Piszę to wszystko, by choć trochę przypomnieć nie tylko żołnierski dorobek Korpusu, który, przytłoczony chwałą Legionów Piłsudskiego, idzie w zapomnienie. Do ciekawostek należy fakt, że w czasie walk w okolicach Bobrujska Korpus uruchomił nie tylko polskie szkoły, gdzie także sprzedawano „Szaloną baterię”, ale i polską pocztę, emitującą niezwykle już dziś rzadkie znaczki. Wspomina o tym inny słynny kresowiak, Antoni Gołubiew, w swej kapitalnej „Kazimierzówce”.

    Przedwojnie, przedwojnie i… z zapasem chleba, z plecakiem książek czy bez, jakoś trzeba się na ciężkie czasy przygotować, odpowiednio ubrać by w świat wyruszyć, a może schować w tłumie. Każda podpowiedź jest tu dobra, zwłaszcza człeka doświadczonego, który sam przebył podobną drogę. Zobaczmy więc, co w tym względzie za pośrednictwem Kwadrygi podsuwa nam literatura: „Idę wyekwipowany jak zwykle najskromniej: długie buty, jakaś sędziwa okrywka, płaski kapelusz i parasol nie odróżniają mnie zbytnio od tłumów zgromadzonych na placach i drogach przed kościołem. Nikt zresztą na mnie uwagi nie zwraca, wszyscy są zbyt zajęci przygotowaniami do wyruszenia w drogę i spoglądaniem na zachmurzony horyzont. Deszcz tnie drobny, a mimo to wielkiego skłopotania nie znać na twarzach. Gwarno wszędzie jak w ulu. Przeciskam się na cmentarzu z trudnością i widzę z zadowoleniem, że nie ma wcale welonów, surdutów ani kapeluszy. Sam szczery lud.” Te, złożone krystaliczną polszczyzną zdania, otwierają debiutancki tom prozy Reymonta, tj. wydaną w 1898 roku Pielgrzymkę do Jasnej Góry”. Od lat kolekcjonuję rzadkie i ciekawe książki związane z Częstochową, a pielgrzymkę Reymonta – przyznaję – przegapiłem. Nie wiedziałem, że takową autor „Chłopów” w ogóle napisał. Teraz pozostaje mi tylko zazdrościć przyszłemu nabywcy tego tak rzadkiego druku.

    Na wzór Reymonta ubrany mój ojciec, wówczas student pierwszego roku medycyny, we wrześniu 1939 roku, co prawda na rowerze, wyruszył w kierunku granicy z Rumunią. Dotarł na nim aż nad Zbrucz; w Husiatynie widział Żydów witających entuzjastycznie wkraczającą Armię Czerwoną. Babka opowiadała mi, że do domu w Łodzi wrócił w tym samym dniu, co mój stryj, żołnierz zgrupowania gen. Kleeberga. Obaj powrócili szczęśliwie, lecz pieszo, bo w drodze powrotnej rower odebrał mojemu ojcu maruder z rozbitej polskiej jednostki. Uczepiłem się tego ojcowskiego roweru, by niniejszy felieton zakończyć obecnymi na naszej aukcji pierwodrukami Bolesława Prusa: Ze wspomnień cyklisty”, które wyjątkowo lubię, i Najogólniejszymi ideałami życiowymi”. W Prusie, wstyd przyznać, rozsmakowałem się dopiero na „stare lata”, przy okazji zakupu pierwszego wydania „Lalki”, którą wtedy, honorowo, ponownie, po raz pierwszy od czasów szkolnych postanowiłem przeczytać. Od tamtej pory, zwłaszcza w chwilach niedyspozycji, coraz częściej sięgam po kapitalne „Kroniki Tygodniowe” i „Notatki z podróży” twórcy Faraona. Zaś „Ze wspomnień cyklisty” to nie tylko „powieść o urzędniku, który w celach zdrowotnych wybiera się na wycieczkę rowerową pod Warszawę”, jak czytamy w katalogu naszej aukcji. To raczej humoreska, zabawny moralitet, w którym oglądamy nasze narodowe dumy i przywary odbite w kałużach błota, tak jak towarzyszące i obszczekujące cyklistę pieski. „Wspomnienia cyklisty trzymam na półce i chętnie polecam znajomym i przyjaciołom, nieznane mi za to do tej pory były Najogólniejsze ideały życiowe. Moja strata, bo lekko i świetnie napisane posiadają wiele zalet. Są udaną (i wbrew obawom wcale nie trącącą myszką) próbą przedstawienia poglądów Aleksandra Głowackiego, człeka rozsądnego i pozytywisty, na życie. Przy tym okazują się one niekiedy zaskakująco praktyczne, o ile w takich kategoriach wypada poważnie filozofować. A oto prusowska definicja Prawdy: „Prawda jest protestem umysłu ludzkiego przeciwko fałszowi, która to choroba nęka tylko rodzaj ludzki. Kłamie tylko człowiek. Poza nim cała natura jest prawdziwą i prawda należy do jakości , do jej doskonałości, nie jest więc ideałem samodzielnym a tem mniej najwyższym i najogólniejszym. Możemy mówić o doskonałości, szczęściu, użyteczności zwierząt, drzew, nawet kamieni, nawet słońca. Ale o „prawdę” drzew, kamieni i słońca nikt się chyba nie troszczy.”

    I niech to będą słowa na tzw. niedzielę.

    Dr inż. Jan Straus

    A teraz tytułem post scriptum:

    Mocną stroną katalogu 13. aukcji są książki dziecięce. Na przebój, również finansowy zapowiada się pierwsze wydanie „Kajtusia czarodzieja” Janusza Korczaka, z unikatową okładką autorstwa Teresy Roszkowskiej. Nie mniejszy interes powinny wzbudzić książki rękopiśmienne, sporządzone z potrzeby serca i chwili w okresie okupacji hitlerowskiej.

    Interesujące są jak zwykle varsoviana. Spotykamy w nich kilka pozycji unikatowych, np. ulotkę reklamową winiarni „Narcyz”, czy też program rewiowego teatrzyku „Tip Top”. Konia z rzędem również temu, kto widział kiedyś w handlu plakat reklamujący wodę kolońską „Czar Warszawy” z imponującym wizerunkiem dopiero co postawionego Pałacu Kultury w tle.

    Na 13. aukcji, jak zwykle, nie brakuje dobrych okładek. Wśród nich są i wybitne: Mieczysława Bermana do książki Fiedora Gładkowa „Nowa ziemia” oraz do katalogu Towarzystwa Wydawniczego „Rój”, a także Karola Hillera do powieści „Nasz Mr. Wrenn” autorstwa Sinclaira Lewisa.

    W dziale literatury dużą ciekawostkę stanowi pierwsze polskie tłumaczenie „Ballady o więźniu w Reading” Oscara Wilde’a, o dziwo wydane w Siedlcach.

    Z żalem też stwierdzam, że nie udało mi się „wkręcić” w tok opowiadania „Pomieszanie Jarosza Bejły objawionego przez A. Filipowicza” (czyli hrabiego Gustawa Olizara), a rzecz smakowita, bardzo rzadka i zaczyna się cudnie słowami: „Wioseczkę mam małą na Wołyniu”. Też chciałbym taką mieć, na razie stoją na mojej półce „Mieszaniny obyczajowe” Rzewuskiego. Mniam.

    Miłośników wszelakich opraw artystycznych zżera na pewno ciekawość, kto jest wykonawcą wspaniałej, zdobiącej piękne wydanie poematu „Anna Oświęcimówna” Bołoz-Antoniewicza. Ja też nie wiem. Mogę jedynie podszepnąć, że pod koniec XIX wieku w podobnie ozdobne (najczęściej unikatowe) oprawy były przyoblekane egzemplarze składane przez wydawcę w hołdzie autorowi dzieła. Kto nie wierzy, niech zajdzie do Muzeum Literatury i poszpera pod nazwiskiem Orzeszkowej. W Polsce ich nie wykonywano. Nasza mogła z wykorzystaniem kupnej matrycy obcej powstać w Wiedniu.

    No i może jeszcze uwaga nie do końca porządkowa. Zasady nakazują umieszczanie opisów bibliograficznych kalendarzy i almanachów w działach czasopism, bo to wydawnictwa cykliczne. Takie też powinno być na naszej aukcji miejsce bardzo trudnego do dostania „Kalendarza Wiadomości Filmowych” na rok 1930, obdarzonego na okładce wczesnym fotomontażem Norblina.

    © Kwadryga | wykonanie: THE NEW LOOK
    0
      0
      Twój koszyk
      Twój koszyk jest pustyWróć do sklepu

      Antykwariat Kwadryga

      jest miejscem wyjątkowym, przestrzenią zatrzymanego czasu – świadectwem historii kultury zapisanej na kartach tysięcy książek.